Wydawnictwo Kobiece

Wydawnictwo Kobiece - z książką kobiecie do twarzy!

Dwóch ojców, krowy i bębenki, czyli Dzień Dziecka – #zŻyciaRedakcji 20

Dzisiaj jest 1 czerwca, więc grzechem byłoby nie powspominać czasów dzieciństwa. Abstrahując od książek, wydawniczych ciekawostek i pracy, skupiłam się wyłącznie na wspomnieniu-legendzie. Znasz to. To ta historia, którą mama opowiada na każdym spotkaniu rodzinnym, niezależnie od Twojego wieku i stopnia zażenowania. To ta historia, którą wszystkie ciotki i wujki słyszały setki razy, ale zawsze zaśmiewają się do rozpuku. To ta historia, którą trudno określić – czy to pamiętam, czy tyle razy już o tym mówiono, że WYDAJE MI SIĘ, że pamiętam?

Kilku współpracowników redakcji podzieliło się ze mną opowiastkami z życia, a ja przedstawiam je poniżej:

MAREK

Kiedy miał pięć lat, nasz handlowiec (wówczas tylko chłopiec, a może AŻ chłopiec), namówił młodszego brata, aby poszukać początku tęczy, która właśnie „wyjrzała na nieboskłonie”, cytując Marka. Oddalili się od domu niczym Jaś i Małgosia (a może Jaś i Jaś, jeśli mamy trzymać się szczegółów). Matka z ojcem prawie dostali zawału, bo nie mogli ich znaleźć przez cały dzień. Dopiero poczciwa znajoma, widząc dwójkę niesfornych łobuzów pałętających się pod lasem, zaprowadziła ich wprost w ramiona zatroskanych rodziców. Taka oto prawdziwa historia „początku tęczy”. Nie znaleźli jej, jeśli chcecie wiedzieć.

ROBERT

Drugi handlowiec miał dość podobną, acz barwniejszą historię. Nawet kolory tęczy nie przyćmiły Robercikowej przygody. Pojechał rowerem do sąsiadów, powywracał im bańki z mlekiem (ach, bo to było na wsi), a kiedy tato go dogonił (ach, bo za nim biegł, ciągle zapominam o szczegółach!), to go ugryzł. Znaczy Robert tatę, a nie tato Roberta. Uf, muszę się skupić, bo ta historia to nie lada igraszka. Następnie Robert wrzucił mamie traktor do masy na ciasto, a potem, kiedy drugie ciasto już było gotowe, porwał je na kawałki. Taki z niego urwis. Kiedy rodzice położyli łobuziaka do snu, porwał materac, położył się pod łóżkiem i zasnął. Kiedy rodzice przyszli skontrolować sen sześciolatka, a zamiast młodego jegomościa znaleźli skrawki materaca i zero dziecka, wpadli w panikę. W końcu jednak go znaleźli i dzień się skończył. Niezłe, chyba lepsze niż tęcza!

AGNIESZKA

Sekretarz redakcji obecnie, a wówczas mała Agnisia, miała dwóch ojców. Nie, to nie tak jak myślicie! Jej biologiczny tato wyjechał do Nowego Jorku, kiedy Agunia mościła się jeszcze pod sercem mamy. Na początku żywota Agi, taty nie było, a ona mieszkała na wsi z dziadkami, starszym bratem mamy, jego żoną i córką – rówieśniczką Agnieszki. Ponieważ jej kuzynka nazywała swojego tatę „tato” (tak, zaskoczyłam Cię!), młoda i chłonąca wszystko Agnisia również zaczęła go tak nazywać. Na nic zdały się tłumaczenia, że to nie jest jej prawdziwy ojciec. Na próżno pokazywano zdjęcia jej rodziciela, gdyż „tato” siedział w domu, a nie w Stanach. Jednak potem prawdziwy powrócił do kraju i Agnieszka dzisiaj już nie ma takich problemów.

JUSTYNA

Justyna z BOK-u każde wakacje spędzała z rodzeństwem na wsi u dziadków. „Dwa miesiące bez cywilizacji”, jak mówi. Kiedy była malutka, ulubioną zabawą były akrobacje na sianie, które zalegało w stodole. Któregoś dnia jej młodszy brat postanowił dowiedzieć się, jakie to uczucie, kiedy się lata. Niestety sam nie był na tyle odważny, więc postanowił przetestować to na Justysi. Z impetem zepchnął ją na betonową posadzkę z dość sporej wysokości. Jak się okazało, latać nie potrafiła, a upadek zakończył się szczęśliwie tylko kilkoma siniakami i telefonem do rodziców. Nie każdy może powiedzieć, że podjął (nie do końca specjalnie) taką próbę! Ach, nasza kukułeczka!

MAGDA

Historia specjalistki od marketingu i promocji jest z pozoru niewinna. Dotyczy… leżakowania w przedszkolu. Jej łóżeczko stało przy półkach z instrumentami. Wszystkie dzieci spały, a Magda nie mogła, zatem zaczęła sobie „po cichu” bawić się instrumentami. Tu lekko, tam trochę podmacała, nic groźnego. Niestety bębenki, dzwoneczki i tamburyna nie współpracowały. Oczywiście cała półka z zawartością zwaliła jej się na głowę, a wszystkie dzieciaki się obudziły i wpadły w płacz. Prawdziwa orkiestra.

ANETA

Redaktor prowadząca przypomniała sobie, jak kiedyś jej przyjaciółka wyznała jej, że ich prababcie były prawdziwymi czarownicami. Według Justyny, bo tak było towarzyszce zabaw na imię, jej prababcia nauczyła ją sekretnych czarów. Zachwycona Aneta poprosiła cudotwórczynię o przekazanie tajników magii. Na jej podwórku znajdowały się dwie studzienki kanalizacyjne, które rzekomo pełniły rolę magicznych kręgów. Spędziły na nich niemal cały dzień, wykonując dziwne ruchy i wypowiadając rozmaite sekwencje. Niestety nic się nie stało. Pewnie przyjaciółka źle zapamiętała zaklęcia… Ech, zawodna ludzka pamięć w obliczu magii.

MAJA

Kiedy miałam sześć lat, pragnęłam nauczyć się jeździć na rowerze. Nie chciałam być jak mały lamus, którego mama pcha na kiju albo, cóż za hańba, który jeździ z doczepianymi kółeczkami. Będąc na wiejskiej, polnej drodze udałam się na przejażdżkę stanowczo za dużym rowerem dla sześciolatki i wywracając się tam i ówdzie jechałam, powiedzmy, że do przodu. Mój brat (starszy cwaniak, który jazdę rowerem miał już obcykaną) beztrosko pedałował przede mną. Nagle się odwrócił, przerażony ryknął na cały głos i dodał gazu, zostawiając za sobą tumany piachu. Z niepokojem odwróciłam głowę i zobaczyłam, że za mną pędzi ogromne stado krów. Pospieszane przez traktor dziko biegły, nie mając zamiaru się zatrzymać i będąc gotowymi do stratowania małej dziewczynki. Wcisnęłam stópki w pedały i tak popędziłam, że nie wywróciłam się już ani razu. Wspaniała lekcja jazdy na rowerze, dzięki krówki!

A jaka jest Twoje wspomnienie-legenda?


Skomentuj

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*