Wydawnictwo Kobiece

„Lockdown” – nowa powieść sensacyjna Roberta Ziębińskiego

2 września będzie miała premierę powieść sensacyjna „Lockdown” Roberta Ziębińskiego. Książka, której fabułę autor nakreślił kilka lat temu, ale której ostateczny kształt nadały wydarzenia ostatnich miesięcy: epidemia, #zostanwdomu, lockdown.

Zapraszamy do lektury fragmentu książki, który niewątpliwie rozbudzi apetyt na poznanie dalszego ciągu tej niezwykłej historii.

 

7.45, ulica Vogla

Samochód z Dominiką wyjechał z posesji i ruszył w stronę miasta. Karol był kierowcą jej matki od pięciu lat. Był w wieku Olgi, postawny, ale nie napakowany. Miał miłą twarz. Nie żeby był przystojny, ale miał w sobie coś, co sprawiało, że z miejsca się go lubiło.
– Przyjedziesz po nas o czternastej? – zapytała Dominika, gdy tylko zapięła pasy.
– Mama wie?
– Pewnie! Znasz zasady.
– Znam.
– No więc wie, pozwoliła, możesz do niej zadzwonić albo napisać, jeśli chcesz.
Karol nie miał zamiaru dzwonić. Zasady wprowadzone przez Olgę były przejrzyste i jasne. Opierały się na zaufaniu, niezawracaniu sobie wzajemnie głowy i na pełnej dyspozycyjności. Wystarczyło ich przestrzegać, a praca dla niej zamieniała się w najprzyjemniejszą, choć nie najłatwiejszą robotę na świecie. Trudność polegała na tym, że nigdy, ale to nigdy nie było wiadomo, kiedy będzie się potrzebnym. Dlatego odkąd Dominika skończyła pięć lat, Olga zatrudniała trzech kierowców, by zawsze któryś z nich był do dyspozycji. I dlatego odkąd Dominika skończyła trzynaście lat i zaczęła chodzić na randki, miała obowiązek informować matkę o zapotrzebowaniu na kierowcę, a ona wyznaczała tego, który będzie ją woził. Raz Karol nie uwierzył Dominice i skończyło się to gigantyczną awanturą. Ten raz wystarczył.
– Nie, no, nie będę. Jak rozumiem, jedziecie do Edenu.
– Tak!
– Na film?
– Powinieneś kiedyś z nami pójść. To puste kino… To jest coś niesamowitego.
Uśmiechnął się. Dominika bywała upierdliwa i miała swoje humory, ale była dobrą dziewczyną.
– Jeśli kiedyś mnie zaprosicie, to chętnie. A co teraz oglądacie?
– Klasyka. Paul Newman jako Harper.
– Och, „Ruchomy cel”. Znam. A wiesz, że to na podstawie książek i że w oryginale…
– Bohater nazywa się Archer, ale Paul Newman wierzył, że szczęście przynoszą mu postaci, których imiona zaczynają się na „H” i kazał zmienić Archera na Harpera. Jeśli o to ci chodziło, to tak – wiem.
– Jesteś za bystra jak na nastolatkę w dwa tysiące dwudziestym roku.
– A ty za bardzo oczytany jak na kierowcę.
– Mam sporo wolnego czasu.
– Och, to trzeba powiedzieć mamie.
Roześmiali się równocześnie.
Stanowczo z wszystkich kierowców zatrudnianych przez mamę Dominika najbardziej lubiła Karola i cieszyła się, kiedy mogła z nim jeździć.

*
Gdy BMW włączyło się do ruchu, ruszył za nimi czarny SUV. W środku siedzieli dwaj mężczyźni. Jechali niespiesznie, tak aby kierowca BMW nie zwrócił na nich uwagi. Mężczyźni milczeli. Pasażer wyjął z kieszeni smartfon, kliknął coś na ekranie, a kilka chwil później jego oczom ukazał się profil Dominiki na Facebooku. Dzięki aplikacji szpiegującej miał dostęp do danych, postów i korespondencji zhakowanych osób. Scrollował ścianę, ale nie znalazł nic, co by go zainteresowało. Przełączył się na Messengera. Patrzył, jak Dominika i Paulina wymieniają wiadomości.
Dominika: To Newman nasz.
Paulina: Bosko!
Dominika: Jadę już, a ty?
Paulina: Będę za kwadrans.
Dominika: Do zo. A, do wieczora mamy kierowcę!!!
Paulina: Bosko!!!
– Przed czy po kinie? – zapytał pasażer.
– Nie wiem. Jeszcze nie napisali – odparł kierowca.
– Tak czy siak trzeba będzie zajebać szofera. Jest z nią do wieczora.
Kierowca pokiwał głową. Przyglądał się uważnie BMW, którym jechała dziewczyna. Dziś był ten dzień i nie chciał stracić jej z oczu. Zwłaszcza teraz, w chwili, gdy dyspozycje mogły przyjść w każdej chwili.

 

8.30, dom Olgi

Po przepłynięciu piętnastu długości basenu Olga wzięła szybki prysznic, założyła na siebie w dres i poszła do kuchni. Nadia, kucharka, która pracowała w zastępstwie chorego Roberta, przygotowała jajka po benedyktyńsku i kanapki. Na talerzu obok pieczywa leżały tabletki. Zestaw witamin, który Olga łykała od lat.
– Na którą zrobić obiad? – zapytała kucharka.
– Przygotuj, proszę, obiado-kolację, wrócę z biura nie wcześniej niż o dziewiętnastej.
– Ma pani jakieś życzenia?
– Nie. Zrób coś smacznego i lekkostrawnego. A jak skończysz, weź sobie wolne. W końcu jest piątek.
– Dziękuję – powiedziała Nadia. – Obiad będzie w piekarniku. Dwie porcje, dla pani i panienki. Przyjdę w sobotę rano.
– Nie musisz. Przyjdź w południe. Tylko zostaw listę zakupów dla kierowców. I dopisz… – Olga mrugnęła do dziewczyny okiem.
Jej słabością były zwyczajne solone chipsy, których podjadanie skrzętnie ukrywała przed Dominiką. Nauczyła córkę zdrowo się odżywiać. W wywiadach, których udzielała pismom kobiecym, zawsze podkreślała swój negatywny stosunek do śmieciowego żarcia. Dlatego wypracowała z kucharzami swoisty układ: ona nie mówiła wprost, co mają kupować, a oni nie pytali, dlaczego. Sięgała po chipsy tylko w chwilach, gdy naprawdę się stresowała. Co, jak sobie tłumaczyła, nie było w końcu niczym złym. Jedni piją, drudzy sięgają po narkotyki, a ona zjadała kilka paczek chipsów, które zaraz spalała na basenie. Odrobina tak delikatnej hipokryzji jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Spojrzała na zegar na ścianie. Dwie po w pół do. Powinna już siedzieć przed monitorem.
– Kochana, przekaż, proszę, Dani, żeby przygotowała czarną garsonkę i dobrała do niej dodatki. Niech zobaczy, z kim mam spotkania, są wpisane do kalendarza, i znajdzie coś odpowiedniego.
Nadia skinęła głową. Dani, tak naprawdę Danusia, była stylistką i modową asystentką, która dbała o to, aby szefowa zawsze ubierała się na spotkania adekwatnie do rangi osób, z którymi miała się widzieć.
Olga zabrała talerz ze śniadaniem i poszła do gabinetu, gdzie miała odbyć wideokonferencję z Piotrem Starzyckim, jej dawnym partnerem i wspólnikiem. Ponieważ lata temu widywał ją nago, nie musiała specjalnie się stroić.
Niemal w tym samym momencie, w którym zamknęła za sobą szklane drzwi gabinetu, na białej ścianie na wprost okna ukazała się twarz Starzyckiego. Według rankingów „Forbesa” i „Wprost”, należał do pierwszej trójki najbogatszych ludzi w Polsce. Dla niej jednak wciąż był tym samym Piotrem, który lata temu rzucał w nią poduszkami w hotelowym pokoju.
Uśmiechnęła się.
– Gustowny dres – powiedział mężczyzna. – Dzień dobry, pięknie wyglądasz.
– A dziękuję. Szyty specjalnie z myślą o tobie, kochany – roześmiała się. – A teraz powiedz mi, co z tymi pierdolonymi Chińczykami.
– Jesteś jedyną znaną mi kobietą, która potrafi od radosnego śmiechu w pół sekundy przejść do zimnej biznesowej kalkulacji. A więc z Chińczykami jest, kurwa, źle.
Takiej odpowiedzi się obawiała.
– Dzwonić do niej? Myślisz, że będzie coś wiedziała? – zapytała Olga.
„Oną” była Iwona Bielska, jej przyjaciółka ze studiów, obecnie pani minister finansów.
– Ty masz z nią lepszy kontakt niż ja. Znasz mój stosunek do rządu.
Każdy bogaty człowiek prędzej czy później wchodzi w konflikt z władzą. Choć „konflikt” to złe określenie. Rząd potrzebuje pieniędzy, więc wyciąga po nie ręce. Nie zawsze fair i nie zawsze uczciwie. Już dwadzieścia lat temu po gigantycznej awanturze z urzędem skarbowym Piotr przeniósł cały swój biznes na Cypr. Taniej i bezpieczniej. Oczywiście wciąż bywał na rządowych spotkaniach, zapraszano go na konferencje biznesowe w Krynicy i na doroczne bale charytatywne, na których brylowali premierzy, ale zdania nie zmienił. Kto raz próbował sięgnąć do jego kieszeni bez jego zgody, ten nie miał więcej do niej dostępu.
– Nie chodzi o twój stosunek. Choć raz mógłbyś wyjąć głowę z dupy.
– Skąd?
– Doskonale wiesz, o co mi chodzi.
– Wiem. Ale skąd ta agresja?
– Żadna agresja. Jeśli ty nie masz żadnych informacji na temat ewentualnych obostrzeń związanych z ewentualną epidemią, ani ja, to choć nie wierzę, żeby nie dotarły do nas żadne przecieki, zastanawiam się, czy się z nią nie łapać.
– Łap. Jak będzie coś wiedzieć, daj znać. Sęk w tym, że epidemia jest tam, gdzie nikt nic nie wie. Moje fabryki stoją. Moi ludzie mówią, że na ulicach leżą trupy, ale oficjalne dane płynące z rządu chińskiego są, jakie są.
– I to mnie niepokoi. WHO też nabrało wody w usta.
– Oni po tym, jak skompromitowali się ogłoszeniem pandemii ptasiej grypy, będą mieli wodę w ustach cały czas. Wtedy dostali wpierdol, drugi raz sobie na to nie pozwolą.
– A przechodząc do interesów. Zakładając, że nic się nie zawali, poza twoimi Chinami, ile jesteśmy w stanie wyciągnąć?
– Dzięki tobie czuję się jak nastolatek.
– Bo?
– Wyciągnąć? Kochana, w naszym świecie nikt tak nie mówi.
– Nie łap mnie za słówka.
– Boisz się?
– Czego?
– O Eden, o ewentualną porażkę?
– Nie. Znasz mnie. Nie boję się stracić. Ale jeśli mogę się zabezpieczyć, to wolę to zrobić.
– Pół miliarda na pół. Czyli zostanie ci dwieście pięćdziesiąt.
– I to jest dobra informacja. Ślij dokumenty. Dam je prawnikowi, a potem niech się toczy.
– Kochana… Masz już czterdzieści lat, nie dwadzieścia.
– A widziałeś takie? – mówiąc to, podniosła bluzę od dresu i pokazała Piotrowi piersi. – Nie miałam takich cycków, mając dwadzieścia lat, a nawet milimetr skalpela ich nie dotknął. Więc nie mów mi, jak mam się zachowywać.
Roześmiali się.
– Szkoda, że jestem w Szwajcarii – powiedział Piotr.
– Szkoda, że dałeś dupy dekadę temu.
– Błędy da się naprawić.
– O ile masz intercyzę z tą twoją Betiną czy jak jej tam – roześmiała się.
– Touche.
– Dobra, lecę, zadzwonię do Iwony z samochodu. I niech nasi prawnicy ogarną sprawę. Będę spała spokojniej.
– Dobra! Trzymaj się.
– Na razie.
Miała się rozłączyć, gdy Piotr nagle zawołał:
– Olga!
– Tak?
– Możesz jeszcze raz?
– Co?
– Podnieść bluzkę.
– Spadaj – rzuciła i wybrała czerwoną słuchawkę, a jej były zniknął.
Fakt. Z wszystkich jej nieudanych związków seks z Piotrem był tym, który wspominała najmilej. Ale znów nie był tak dobry, aby straciła dla niego głowę. Dziś łączyły ich interesy i niech tak zostanie. Im dalej od skandali, tym spokojniej.
Zebrała z talerza tabelki i połknęła je, popijając wodą. Na ekranie laptopa pojawił się kalendarz. Od dziewiątej piętnaście miała konferencję z projektantami Edenu. Czterdzieści pięć minut słuchania o tym, czego nie udało się zrobić. Potem kolejni partnerzy, prawnik. O jedenastej spotkanie z prezesem banku. To spotkanie było kluczowe. Jeśli jej plan się powiedzie…

 

9.15, liceum im. Księdza Tischnera

– Boże, myślałam, że zasnę – powiedziała Paulina, gdy klasa wychodziła na przerwę.
– Ja też – przyznała Dominika. – Czy ten facet od fizyki ma w głowie plan, aby nas zanudzić na śmierć?
– Dobre pytanie. Widziałaś, co na tik toka wrzuciła Kaśka?
– Nie.
– Patrz.
Paulina wyjęła komórkę i wyszukała kanał Kasi Lemańskiej. Na ekranie wyświetlił się filmik, na którym znienawidzony nauczyciel od fizyki miał głowę przetworzoną przez jakiś filtr i wyglądał tak, jakby tańczył do nieistniejącej muzyki.
– Śmieszne – oceniła Dominika. – Nawet bardzo. Ale też bardzo głupie.
– Bo?
– Bo jak chcesz komuś dowalić, to nie rób tego na tik toku, i to pod swoim nazwiskiem. Mama mówi, że nie ma co sobie w życiu robić wrogów celowo…
– Nie bądź taka sztywna.
– Nie jestem! Pomysł fajny, wykonanie ciulowe. Jakby wrzuciła to anonimowo, a sama poszła do gościa…
– Jesteś podła – roześmiała się Paulina.
– Jaka matka, taka córka.
– Przestań. Twoja mama nie jest zła.
– Pewnie, że nie jest. Wiesz, jak o niej mówią jej koledzy?
– Wiem. Suka. Ale nie kumam, dlaczego.
– Bo nie wrzuca niczego sama na tik toka. Ma od tego ludzi.
Dziewczyny się roześmiały. Za dziesięć minut zaczynała się lekcja polskiego.

 

9.35, parking przed liceum

– Napisał coś? – odezwał się mężczyzna siedzący za kierownicą.
– Nic – odparł pasażer wpatrzony w telefon.
– Matka?
– Nic. Pracuje. Wszystko zgodnie z planem.
– Z planem pójdzie, jak skończymy.
– Skończymy. Nie twoja bolączka.

 

10.30, dom Olgi

Najbardziej chytry i przebiegły plan Olgi polegał na tym, aby wszystkich wywieść w pole. Podczas kiedy cała branża handlowa w Polsce przyglądała się jej zmaganiom z budową Edenu, ona postanowiła zrobić krok w przód. Krok, który może ją zabić. Albo uczynić z niej najważniejszą przedsiębiorczynię zajmującą się handlem nie tylko w tej części Europy, ale na całym kontynencie.
Ten plan pojawił się w jej głowie w dniu, gdy napisał do niej Amir Azar, właściciel sieci Spears, do której należały największe galerie w Europie i na Bliskim Wschodzie. Odezwał się on sam. Nie jego prawnik, nie asystent. Sam syn szejka i jeden z najbogatszych ludzi na świecie. Powód? Eden. Wiedziała, że jej plany są przełomem. Wiedziała, że branża pogrąża się w chaosie, handel przenosi się do internetu, a Amazon może tylko szkodzić sprzedaży stacjonarnej. Jak się okazało, Azar także to wiedział. Nikomu o tej rozmowie nie powiedziała. O kolejnych także. Miesiącami nadzorowała budowę Edenu, pilnowała działalności swoich pozostałych dziesięciu galerii i układała z Azarem plan przeniesienia funkcjonalności Edenu na całą jego sieć. Jeśli to by się udało, Olga zostałaby partnerką największego gracza na świecie. Do tego brakowało jej dwóch rzeczy: sukcesu Edenu i pewności, że bank stanie u jej boku, jeśli do połączenia dojdzie.
Dlatego dzisiejsze spotkanie z prezesem banku było tak istotne. Dziś po raz pierwszy opowie komuś o koncepcji, którą stworzyła i dziś po raz pierwszy jej wizja, wsparta pomysłami Azara, może zamienić się w realny projekt wdrażany w życie przez następne pięć lat.
Przeglądała się w lustrze. Dani wybrała jej czarny dopasowany żakiet. Klasyka, ale z lekką nutką perwersji. Na szyję bowiem założyła coś, czegoś nikt by się nie spodziewał. Drobny dodatek, który budził zainteresowanie połączone z konsternacją. Czarna, cienka skórzana obroża z ozdobnym zapięciem. Gdyby prezes banku był fanem BDSM, zapewne z podniecenia padłby na zawał. Olga nie wiedziała, czy był, ale co do jednego miała pewność: każdy mężczyzna, z którym rozmawiała, zawsze koncentrował wzrok na tym, co miała na szyi, a nie na jej twarzy. Magię dodatków BDSM odkryły z Dani jakiś czas temu i korzystały z niej zawsze w ważnych biznesowych spotkaniach. Pierwsza podstawowa zasada brzmi – spraw, by twoja obecność ich peszyła i zarazem intrygowała, a będą jedli ci z ręki. Miała całą szafę takich gadżetów, choć nigdy nie używała ich w łóżku. „Może kiedyś…” – pomyślała, przesuwając dłonią po obroży. Ale nie teraz.
Wsunęła do torby laptop i teczkę. Kierowca czekał przed domem. W czarnym Mercedesie V klasy Olga miała swoje przenośne biuro. Zdjęła szpilki, wyciągnęła wygodnie nogi i położyła na udach laptop. Czekało ją jakieś czterdzieści minut jazdy w korkach. Dokładnie tyle potrzebowała, żeby zadzwonić do Iwony i ostatni raz przejrzeć dane do rozmowy.

 

10.42, parking przed liceum

Mężczyźni siedzieli w SUV-ie, cały czas obserwując bramę szkoły. Przed wścibskimi oczyma przechodniów i innych uczniów chroniły ich czarne szyby. Kierowca wyjął z kieszeni IQOS-a.
– Mógłbyś nie palić – powiedział pasażer.
– Nie palę. Inhaluję się.
– Sranie w banię. Wali gorzej niż fajki.
– Od kiedy jesteś taki wrażliwy? – spytał kierowca, wypuszczając z ust kłąb białego dymu.
– Odkąd przyjęliśmy tę robotę. Mam złe przeczucia.
– Daj spokój.
– Jakoś nie umiem.
– To się naum. Jeszcze będziemy mieć z niej sporo zabawy.
– W to nie wątpię.
W samochodzie zapadła cisza, którą przerwał sygnał przychodzącego esemesa.
– On? – zapytał kierowca.
– Tak.
– I?
– Pilnować i czekać.
– Kurwa mać.

 

10. 47, samochód Olgi, ulica Czerniakowska

Olga próbowała dodzwonić się do Iwony Bielskiej, ale linia cały czas była zajęta. Jednak po paru minutach pani minister oddzwoniła.
– Cześć. Coś pilnego?
– Pożar masz? – zapytała Olga.
– Kurwa, nawet nie chcesz wiedzieć, jaki.
– Co jest?
– Chiny.
– Czyli?
– Ściśle tajne.
– Robić wyprzedaż?
– Nie. Nie wiem. Dam znać.
– Mama ma się dobrze?
– Chora.
Bielska rozłączyła się. A Olga przez chwilę wpatrywała się w telefon. Wyprzedaż, czyli zbierane aktywów. Kiedyś umówiły się, że gdyby zbliżał się kryzys, Iwona powie jej, żeby urządziła wyprzedaż, czyli zebrała największą ilość gotówki i złota, jaką się da. „Mama chora”, czyli mamy pierwszych zakażonych.
Kurwa mać.
– Kurwa mać!!! – zaklęła na głos.
– Coś nie tak, szefowo? – zapytał kierowca.
– Nie. Jest OK.
– Przed nami korek. Spróbuję objechać, ale aplikacja pokazuje, że wszystko zatkane.
– O tej porze?
– Też się dziwię.
Spojrzała na ekran laptopa. Gdzieś w oddali słyszała syrenę karetki pogotowia. „Wypadek” – pomyślała. Wróciła do swojego projektu. Jego powodzenie zależało od wielu czynników, ale pierwszym podstawowym była unormowana sytuacja rynkowa. Wszelkie anomalie, takie jak epidemia, ograniczenia w przemieszczaniu się lub, nie daj Boże, lockdown, nie tylko narażały ją na straty, ale uniemożliwiały realizację tak złożonego i rozbudowanego projektu. A tego nie chciała. I to bardzo.
Kierowca włączył radio. Wnętrze samochodu wypełniły dźwięki muzyki. Pieprzone U2.
– Może pan zmienić stację?
– Pewnie.
– Na coś bez Bono. Cokolwiek.
– Jasne, szefowo.
Wróciła do przeglądania serwisów informacyjnych. Na razie na stronach głównych gościła wojna między PIS-em a Platformą. Chińska epidemia pojawiała się tylko w kontekście niepotwierdzonych plotek o zasięgu choroby.
„Na logikę – pomyślała Olga – gdyby rzeczywiście groziło nam coś złego, choroba panoszyłaby się już po Europie. Już byśmy o tym wiedzieli. A tymczasem serwisy milczą”.
Jechali wolno. Kierowca próbował przebić się na osiedlową drogę po lewej. Gdy udało mu się zjechać na odpowiedni pas, kątem oka zobaczyła, że po drugiej stronie na przystanku autobusowym ludzie zbierają się wokół kogoś, kto wyglądał jak bezdomny. Mężczyzna – lub kobieta, bo z tej odległości trudno było ocenić – leżał na ziemi. Młoda dziewczyna podłożyła jemu lub jej plecak pod głowę. Stojący za nią chłopak położył delikwenta na boku. Ale to nie pomagało. Człowiek cały czas się trząsł. Zupełnie jakby dostał ataku padaczki.
Mercedes skręcił. Olga obejrzała się za siebie. To był mężczyzna. Gdy traciła go z pola widzenia, przestał się trząść. Ciało wygięło się w łuk, a potem opadło bezwładnie na chodnik.

 

12.45, parking przed liceum

Karol zaparkował BMW tuż obok bramy. Po zakończeniu służby wykonywał różne prace, ale bycie kierowcą Olgi, czy bardziej Dominiki, było absolutnie czystą przyjemnością. Czekając na koniec lekcji, zdążył podjechać do swojej matki, zrobić jej zakupy, nakarmić koty, wrócić pod szkołę i przeczytać połowę „Błękitnego młoteczka”. „To wszystko przez Dominikę” – roześmiał się w duchu. Przez to, że jechały oglądać filmy z Newmanem, on zabrał z półki w pokoju matki książkę Rossa Macdonalda. Leżała w tym samym miejscu pewnie od dwudziestu lat, od kiedy sam ją tam położył. Kiedy był nastolatkiem, czytał wszystkie powieści o prywatnych detektywach, takich jak Lew Archer i marzył o tym, by kiedyś zostać takim łapsem. Prywatnym detektywem, który szuka zaginionych ludzi i wplątuje się w tajemnicze afery. Niestety bycie detektywem w polskiej rzeczywistości ograniczało się do wyglądania jak Krzysztof Rutkowski, a femme fatale najczęściej okazywały się tanimi kurwami, pozbawionymi aktorskiego zacięcia. Zamiast detektywem, został pracownikiem operacyjnym WSI. A przynajmniej był nim, póki ten pojebany Koziołek Matołek nie zabrał się za publikowanie swoich raportów. Potem Karola przeniesiono do ABW, ale nie zagrzał tam zbyt długo miejsca. I tak nagle z dnia na dzień wylądował na bruku. Nie miał co narzekać. Był młody, wykształcony i dobrze ustawiony w środowisku ludzi handlujących informacjami. Tyle że jedyną pracą, jaką mu oferowano, była ochrona niedobitków warszawskiej mafii. On wybrał wolność. Wolał pracować jako kierowca, niż być chłopcem na posyłki dla takich samych drani jak Koziołek.
Wrócił do lektury. Archer coraz głębiej zanurzał się w świat kalifornijskiego półświatka. Lekturę umilał Karolowi dźwięk saksofonu Arta Peppera z płyty „Art Pepper Meets The Rhythm Section”. Uwielbiał ten album. Uważał go za najlepszą płytę muzyka. Album, w który nikt nie wierzył. W końcu Pepper podczas jego nagrywania był na dnie heroinowego uzależnienia, a przed sesją nie grał od pół roku. Mimo to gdy spotkał sekcję rytmiczną, na co dzień wspierającą Milesa Davisa, udało mu się wykrzesać z płuc najprawdziwszy jazzowy ogień. Gdy Pepper zaczął popisywać się w otwarciu „Jazz Me Blues”, Karol zamknął na chwilę oczy. Idealną harmonię między muzykami zakłócił odgłos syren. Starał się je ignorować. „Karetka” – pomyślał, słuchając delikatnej solówki Reda Garlanda na fortepianie. Gdyby otworzył oczy, zobaczyłby pędzące na sygnale rządowe samochody. Ale nie otworzył.

 

13.07, siedziba zarządu Banku BP SA

Jerzy Janicki od piętnastu lat był prezesem największego polskiego banku. Był jednym z nielicznych pracowników tej instytucji, których nigdy nie imały się polityczne burze. Przeciwnie, ponieważ zarządzany przez niego bank był jedyną finansową instytucją w Polsce, która od czasu politycznego przewrotu w 1989 roku rejestrowała ciągły wzrost, Janicki uchodził za ekonomicznego guru. Był człowiekiem, którego radzili się wszyscy ministrowie finansów i premierzy. Ci ostatni nie raz i nie dwa proponowali mu wejście do rządu, ale Janicki zawsze odmawiał. Nie dlatego, że nie interesował się polityką, przeciwnie, jego konserwatywne poglądy były znane wszystkim, ale ponieważ bycie politykiem wiązałoby się z utratą tego, co ma. Prawdziwej władzy nad pieniądzem. Politycy obracają pieniędzmi, których de facto nie mają. On zarządzał najprawdziwszą gotówką. I jej towarzystwo Janicki ukochał najmocniej. Teraz siedział z Olgą w swoim oszklonym, wolnym od podsłuchów gabinecie i od blisko dwóch godzin słuchał jej monologu.
Ponieważ Olga była jedną z nielicznych bogaczy, których darzył szacunkiem, słuchał jej przemowy z niesłabnącym zainteresowaniem. Plan, który zaprezentowała, był prosty i spójny. Niestety w jego mniemaniu miał jeden fundamentalny mankament. Nazywał się on Amir Azar. Janicki po prostu mu nie wierzył. Aktywa jego spółek przewyższały budżet całego państwa polskiego. Dlaczego zatem Azar miałby chcieć za partnerkę Polkę, i to taką, która nawet nie gra w jego finansowej lidze?
– Jurek, on to mógł ukraść – odpierała ataki Janickiego Olga. – Nie byłoby nawet smrodu, bo przecież, jak słusznie zauważyłeś, to człowiek, którego stać na kupienie Polski, a co dopiero takiego biznesu jak mój. Nie zrobił tego, a to świadczy o nim tylko dobrze.
– Może i tak. Ale mimo wszystko.
– Co?
– Nie wiem. Ja tego nie kupuję.
– Dobra, inaczej. Całe ryzyko i tak jest po mojej stronie. Pytanie, czy w razie potrzeby mogłabym liczyć na twoją pomoc.
– W sensie?
– W sensie przyznania mi linii kredytowej, która…
– Olga, pieniądze nie są problemem. Problemem jest partner i czas.
– Chiny?
– Chiny. Dochodzą do mnie coraz bardziej niepokojące wieści. Podobno ta ich zaraza trafiła do Francji i Włoch. Żaden rząd tego nie potwierdził. WHO milczy. Ale między nami… To zostanie między nami?
– Tak. Rany boskie, tak.
– To między nami, spójrz na to – powiedział i podał jej swój telefon.
Czytała w milczeniu.
– Kurwa mać – zaklęła.
– Dokładnie.
– Czy to możliwe?
– Stan wyjątkowy? Myślę, że tak. Skoro Jaruzelski mógł, to może i Makowiecki, jest premierem.
– Od kiedy obowiązuje cię ograniczenie wypłat?
– Od dziś.
– Czyli gdybym teraz chciała, nie wypłacisz mi miliona?
– Przecież dyspozycję składałaś wczoraj – uśmiechnął się. – Wypłacę.
– Jak myślisz, kiedy ostatni raz ktoś z rządu wysyłał takie dyspozycje?
– Na moje oko tuż przed trzynastym grudnia.
– Dawno.
– No. Gówniarą byłaś.
– Pamiętam czołgi w Toruniu, tyle zapamiętałam ze stanu wojennego.
– Możesz mieć okazję do powtórki.
– Nie strasz. Pamiętaj, że za miesiąc otwieramy Eden.
– Pamiętam. Dlatego wypłacę ci ten milion.
– Ale to był żart?
– Nie wiem, czy żart, czy nie. Póki służby Makowieckiego nie weszły jeszcze oficjalnie na nasze konta, mogę to zrobić. Lepiej mieć kasę na czarną godzinę, niż jej nie mieć.
– Masz rację.
Janicki wziął od Olgi telefon i wybrał jakiś numer.
– Pani Basiu, proszę przygotować do wypłaty milion złotych dla pani Olgi Maj z jej konta oszczędnościowego.
Kobieta coś mówiła, a prezes kiwał głową.
– Oczywiście ma pani rację, ale pani Maj składała dyspozycję wczoraj, u mnie. Więc proszę przygotować wszystko zgodnie z procedurą.
Odłożył telefon.
– Tępa dzida.
– Pani Basia?
– Tak.
– Cycki ma chociaż fajne?
– Ma. Ale ona jest z nadania. Czuję, że to kret.
– Czyj?
– Makowieckiego, a kogo by innego. Pan premier mnie nie lubi. Sam jest finansistą.
– Ale jego bank upadł.
– Na bankructwie jeszcze nikt nigdy nie stracił.
– To wiem.
– A wracając do Edenu…
– Wiem, co chcesz i powiem tak. Wstępnie możesz na nas liczyć. Ale jeśli do czegoś dojdzie, twój partner będzie musiał nas do siebie przekonać. Sam pomysł jest znakomity. Projekt przygotowany z dbałością o szczegóły, ale o tym mówić ci nie muszę, bo to wiesz. Niech jedna część ruszy, a potem pogadamy.
– Oddam w ciągu miesiąca ćwierć miliarda. To tak na koniec – rzuciła Olga, uśmiechając się.
– Jak?
– Po prostu. Dostaniecie przelew.
– Intrygujesz mnie.
– Dziękuję.
– Jeśli będzie, jak mówisz, ryzyko maleje. Dlaczego nie mówiłaś od razu?
– A kto wyciąga wszystkie karty na stół na początku?
– Głupiec.
– To sam sobie odpowiedziałeś.
Po blisko dwóch godzinach referowania punkt po punkcie zawiłości projektu, który przygotowała z Azarem, marzyła tylko o długiej kąpieli i saunie. Obojętnie, w jakiej kolejności. Ale na relaks musiała jeszcze poczekać. Wychodząc ze szklanego gabinetu Janickiego, wiedziała, że do końca dnia czeka ją jeszcze kilka spotkań. Żadne z nich nie było oczywiście tak stresujące, ale każde wymagało koncentracji.
Na dole, w specjalnym pokoju dla klientów VIP, czekała pani Basia. „Rzeczywiście ma niezłe cycki” – pomyślała Olga.
– W najwyższych nominałach – powiedziała Basia, wręczając Oldze neseser z pieniędzmi. – Proszę pokwitować odbiór.
– Dziękuję – odparła Olga i podpisała dokumenty.
Ściskając w dłoni walizeczkę, ruszyła do drzwi. Dla przeciętnego człowieka wyjście na ulicę z milionem złotych byłoby najbardziej stresującym doświadczeniem życia. Ale ona nie raz i nie dwa chodziła już z taką gotówką. Poza tym ofiarą napadów najczęściej padają osoby, które mają lęk wypisany na twarzy. Olga niczego się nie bała. Szła w stronę mercedesa, myśląc o dokumencie, który pokazał jej Janicki. Według niego premier Makowiecki nakazał wszystkim prezesom i radom nadzorczym banków wstrzymać wypłaty przewyższające kwotę stu tysięcy złotych. Zamrożono udzielanie kredytów i wstrzymano inwestycje wymagające gotówki. Rząd zamykał pieniądze w kasach i zaczynał je liczyć. To nie był dobry znak. Zwiastował kłopoty. I to te przez wielkie K. Olga pomyślała, żeby zadzwonić do Iwony, ale wtedy musiałaby powiedzieć jej, skąd wie o tych zaleceniach. Nawet gdyby skłamała, Bielska domyśliłaby się, że dokument pokazał jej Janicki. Po radzie nadzorczej spółki zarządzającej galeriami na Pomorzu pomyśli, jak to rozegrać. Wsiadła do mercedesa. Zwinnym ruchem zdjęła z szyi obrożę.
„Zawsze działa – pomyślała, przypominając sobie rozmarzoną minę Janickiego. – Zawsze”.

 

13.30, parking przed liceum

– Karola znasz – powiedziała Dominika do Pauliny, gdy wsiadły do samochodu.
– Pewnie. Cześć – odparła dziewczyna.
– Cześć – powiedział kierowca, odkładając książkę na siedzenie pasażera.
– Co czytasz?
Uniósł okładkę, pokazując tytuł.
– Ej, to przecież ten autor, którego… – zaczęła Dominika.
– Tak. Wasz pan od Paula Newmana. Zainspirowałaś mnie.
– Wozisz w samochodzie kryminały?
– Nie. Byłem u matki. Ale ciii… Nie podkabluj mnie mamie.
– Nie mów, że się jej boisz – zaśmiała się Dominika.
– Nie – odparł Karol. – Ale jej lepiej nie podpaść.
– Bez przesady. Miałbyś siedzieć z nami na lekcjach? Luz. A mama jak?
– W porządku. Eden?
– To dobrze. Eden, tak!
Ruszyli. Karol powoli włączał się do ruchu. Dziewczyny na tylnym siedzeniu dyskutowały o filmach, on zaś słuchał dwunastominutowej kompozycji „Diane” Peppera. Lubił jazz. Lubił historie kryjące się za niektórymi utworami. Diane była partnerką muzyka. Kobietą, która wyciągała go z najgorszych heroinowych kłopotów. Aż w końcu sama po szyję wpadła w narkotyki. Smutna historia. Życie to same smutne historie.
Eden zbudowano na pustych terenach przylegających do Dworca Zachodniego. Olga odkupiła je od PKP siedem lat temu, a przez kolejne miesiące walczyła z cudem odnajdującymi się spadkobiercami skrawków ziemi, która przez lata leżała odłogiem. Kiedy kolejka roszczeń do niej, do PKP i rządu się skończyła, prace ruszyły pełną parą. Teraz jeszcze nieczynny Eden był tak ogromny, że niemal łączył Zachodni z Centralnym.
Gdy wjeżdżali przez strzeżony wjazd, Karol zauważył mijającego ich SUV-a. Wyglądał dokładnie tak samo, jak ten, który stał na parkingu przed szkołą.

 

13.45, Aleje Jerozolimskie

– Po co go wyprzedzałeś? – zapytał pasażer.
– A co miałem stanąć za nim?
– Nie. Kurwa, po prostu zwolnić. Przecież wiedziałeś, dokąd jechał.
– Spoko, nie zauważył nas.
– A jak zauważył?
– Jezu, ale ty marudzisz.
– Nie wiem. Może.
– Tak. Nie może. Napisali coś?
– Nic. Mamy czekać.

 

13.55, centrum handlowe Eden

Siedziały, a raczej leżały w sali, którą nazywano sypialnią. Fotele wyglądały jak łóżka, a ekran umieszczono w suficie. To była ulubiona sala Dominiki. Dziewczyny otoczyły się pudełkami z popcornem i kubkami z colą.
– Matka by mnie zabiła, gdyby wiedziała, ile coli i popcornu wciągamy w czasie seansów – roześmiała się Dominika.
– Jej obsesja zdrowego odżywiania jest zabawna.
– E tam, zabawniejsze jest to, że sama podjada śmieci i myśli, że nie wiem.
– Serio?
– Serio. Ma paczki solonych chipsów schowane w biurku.
– Dobre!
– Nie tak dobre jak to! – Dominika wskazała na sufit.
Światła zgasły, na ekranie pojawiło się logo Warner Bros., a potem równie stary jak film trailer z Julie Harris, która mówi, że z Harperem się nie zadziera. Lepiej wypić truciznę, ma się większe szanse na przeżycie. Wpatrzone w ekran dziewczyny zamilkły.

 

14.15, siedziba spółki Eden S.A.

W sali konferencyjnej Olga słuchała Anety Kyś, szefowej spółki zajmującej się galeriami handlowymi na Wybrzeżu. Nie przepadała za Anetą. Już kilka razy chciała ją zwolnić. Mimo niezaprzeczalnych kompetencji było w tej kobiecie coś, co ją drażniło. Miała piskliwy głos, który sprawiał, że nawet gdy mówiła o rzeczach ważnych, brzmiała jak przestraszona nastolatka. Trzy centra zamykały kwartał powyżej zaplanowanego budżetu. I tylko dzięki temu Kyś wciąż miała posadę. Nie zwalnia się kogoś, kto zarabia dla ciebie miliony.
– I jeszcze na koniec dodam – mówiła Kyś – że gdyby doszło do jakiegokolwiek przestoju, nasze galerie mają zabezpieczenie finansowe na pół roku. Czyli za sześć miesięcy realnie zaczęlibyśmy odczuwać brak obrotu.
– Słucham? – zapytała zaskoczona Olga.
– Zrobiłam estymację, choć nikt oczywiście o to nie prosił. Moja prywatna inicjatywa…
– Nie, nie… Nie mam pretensji, wręcz przeciwnie. Ale skąd taka myśl?
– Nikt o tym głośno nie mówi, ale sytuacja na rynku chińskim i zamknięcie tamtejszych fabryk dało mi do myślenia.
– Bardzo dobrze. Proszę przesłać to podsumowanie na mój mail, chciałabym w wolnej chwili się z nim zapoznać. Poza tym, jeśli mogę panią prosić, chciałabym, aby wysłała pani podobny mail do Krakowa, Wrocławia i Lublina.
– Oczywiście.
– Dziękuję.
Aneta Kyś wyszła, a Olga skarciła się w myślach. Kilka miesięcy temu sama myślałaby tak jak Kyś, perspektywicznie i obserwując to, co dzieje się dookoła. Przez Eden zbyt mocno skoncentrowała się na jednym celu. To błąd. Za taki błąd często płaci się najwyższą cenę.
Sięgnęła po telefon i wybrała numer swojej asystentki Hani. Poprosiła ją o przygotowanie pełnego raportu dotyczącego tej dziwnej choroby w Chinach. Wszystko – od plotek po omówienia WHO. Na kiedy? Najpóźniej na szesnastą. Plik i wydruk.
Przed nią jeszcze dwa spotkania. Myśl o saunie i kąpieli powróciła nagle i sprawiła, że poczuła miłe mrowienie w stopach. Odruchowo wybrała numer do Iwony Bielskiej. Zajęte. Do drzwi zapukała asystentka.
– Tak?
– Pani prezes chce lunch tu czy u siebie?
– Tu proszę.
Asystentka skinęła głową. Chwilę później przyniosła kilka pierożków dim sum z kurczakiem i warzywami, niedużą porcję makaronu chow mein ze szparagami i grzybami mun oraz herbatę. Olga spojrzała na jedzenie i uśmiechnęła się do siebie. „No nieźle – pomyślała. – Rząd blokuje banki, bo boi się Chin, a ja mam dziś chiński lunch…”

 

15.30, Aleje Jerozolimskie

Kierowca nerwowo spoglądał na wyjazd z Edenu. Jego kolega tylko się uśmiechał.
– Przejmujemy dziewczynę najpóźniej o osiemnastej trzydzieści. Pół godziny później ogłoszą godzinę zero.
– I?
– Tylko tyle, że musimy ją przewieźć do schowka w pół godziny. Potem…
– Kurwa, nawet nie mów mi, co potem. Ta robota śmierdzi.
– E tam, jesteś uprzedzony. Spójrz na to od tej strony. Jeśli nie zapłaci, nas i tak nikt nie złapie. Jesteśmy czyści. I będziemy mogli zrobić, co chcemy.
– Może…
– Nie może. To układ życia. Nikt na nas nie zwróci uwagi. Nikt.
– Ale ta babka. Matka.
– Co ona?
– Nie wydaje mi się, żeby łatwo odpuściła.
– Nie nasz kłopot.
– W sumie. Może masz rację.
– Mam.

 

18.15, parking galerii Eden

Dominika i Paulina wyszły z kina. Nawet gdyby parking był pełen samochodów, i tak auto, w którym czekał na nie Karol, znalazłyby bez trudu. Przestrzeń niosła dźwięk saksofonu Arta Peppera. Dominika ruszyła za muzyką.
– Zmieniasz czasami płyty? – zapytała, otwierając drzwi BMW.
– Nie. A po co?
– Nie wiem, dla urozmaicenia?
– Pepper jest wystarczająco skomplikowany. Nie potrzebuję niczego więcej. Jak filmy?
– Genialne! – krzyknęła Paulina. – „Zdradliwa toń” jest ciut mroczniejsza, ale, och… Tak już się nie kręci.
– No, nie… – przyznał Karol. – Kto tam grał femme fatale?
– Gail Strickland. Ta, która się topiła – powiedziała Dominika.
– I ta, jak jej… Melanie Griffith. Ale ona chwilę tylko – dodała Paulina.
– Ej, laski, a Joanna Woodward? Żona Paula? Dobra, wsiadajcie. Jedziemy, bo nas matka Dominiki zabije.
Zamknęły drzwi. Karol przyciszył „Mambo De La Pinta” i ruszył w stronę wyjazdu.
Paulina mieszkała w bloku przy Idzikowskiego. O tej porze nie było już korków, mimo to jadąc przez miasto, mocniej docisnął gaz. Olga nigdy nie przyjeżdżała do domu na czas, ale i tak chciał zdążyć przed nią.
– Wiecie, że oni byli małżeństwem całą swoją karierę? Od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku do śmierci Paula w dwa tysiące ósmym. Całe życie razem. Unikat na skalę Hollywood.
– Czad – powiedziała Paulina. – Teraz już takich nie ma.
– Małżeństw?
– Nie. Facetów jak Newman.
– Fakt – zgodził się Karol.

 

18.30, ulica Idzikowskiego

Samochód zatrzymał się pod blokiem Pauliny.
– Dzięki! – powiedziała dziewczyna, ściskając Dominikę. – Do ju… Znaczy do poniedziałku. Jutro sobota!
– Możesz przyjechać, jeśli chcesz. Jutro. Tylko nie wiem, co mama planuje. Dam ci znać.
– Pewnie. Strzałka. I do widzenia. Dzięki za podwózkę.
– Nie ma za co – odparł Karol.
Dziewczyna pobiegła w stronę klatki, a Karol zaczął zawracać wielkie BMW, by pojechać w stronę Sobieskiego.
– Dziwne z was dziewczyny – powiedział, kręcąc kierownicą.
– Bo? – zapytała zaskoczona Dominika.
– Bo kto w waszym w wieku w dwa tysiące dwudziestym roku ogląda filmy z Newmanem?
– A skąd ja mam to wiedzieć? – roześmiała się. – Lubimy. Po Newmanie będzie pora na Cary’ego Granta.
– Dziwadła – roześmiał się teraz on.
SUV pojawił się nagle. Zajechał im drogę.
„Wiedziałem” – pomyślał Karol w chwili, gdy coś walnęło w szybę. Poczuł, że coś ciężkiego uderzyło go w skroń. Potem zapadł się w mrok. Dominika próbowała krzyczeć, ale mężczyzna w kominiarce psiknął jej czymś w twarz. Zapiekła ją skóra, a potem zapadła ciemność. Nie słyszała już rozmawiających napastników. Nie słyszała nic. Poza ciepłym brzmieniem saksofonu, który grał w jej podświadomości.
– Zabieram ich BMW – powiedział jeden z mężczyzn.
– Jak kierowca?
Mężczyzna spojrzał na twarz Karola. Ze skroni płynęła krew.
– Nie żyje.
– Świetnie. Wyjeb go tak, żeby nikt go nie znalazł przez dwa dni, a małą zawieź do nory.
– Wiadomo.
Wsiadł do samochodu, bez większego wysiłku przesunął ciało Karola na siedzenie pasażera, zamknął drzwi i powoli włączył się do ruchu.
Nikt niczego nie zauważył. Nikt nie zareagował. Przy ulicy Czarnomorskiej mężczyzna wyciągnął ciało Karola z auta i wrzucił do kontenera Polskiego Czerwonego Krzyża na ubrania. Do tych pojemników nie zagląda nikt poza bezdomnymi, a w tej dzielnicy było ich niewielu.
Ruszył w stronę kryjówki. Dziewczyna na tylnym siedzeniu wciąż spała. W śnie tańczyła w rytm solówek Arta Peppera.

 

18.40, ulica Spacerowa

Olga wracała do domu. Była zmęczona i wyczerpana, znów pomyślała o kąpieli. Samochody sunęły leniwie. Patrzyła przez okno. Iwona wciąż nie odbierała. Zapadał zmierzch. W oddali słychać było odgłosy syren karetek. Przy skrzyżowaniu z Belwederską vis a vis hotelu Regent na trawie leżał jakiś człowiek. Wyglądał jakby spał.
Co prawda powinna jeszcze rzucić okiem na kilka raportów, ale nie miała na to siły i ochoty. Na siedzeniu obok leżała teczka z wydrukami dotyczącymi dziwnej choroby, o której tyle się nasłuchała. Odwróciła wzrok od okna i sięgnęła po spiętą zszywką pierwszą partię tekstu. Artykuł z „Gazety Wyborczej”. Jego autor skoncentrował się na drobiazgowym opisaniu przebiegu epidemii w Chinach. Według niego, jest to choroba atakująca układ nerwowy. Mózg wysyła całkowicie sprzeczne komunikaty, przez co organizm rozpada się od środka. Ludzie umierają szybko, zabijają ich wylewy, ataki padaczki, zawały serca. Spektrum objawów jest tak szerokie, że nikt w zasadzie nie zna rozmiaru tej epidemii. Na pewno wiadomo tylko to, że choroba roznosi się drogą kropelkową, a od zakażenia do śmierci mija nie więcej niż siedem dni.
W kolejnym tekście autor rozpisywał się nad zagrożeniami płynącymi z lekceważenia choroby i wirusa. Następny był o zmowie milczenia wielkich mocarstw, które istnienie epidemii ukrywają przed obywatelami, rejestrując zgony wywołane tajemniczym wirusem jako zgony z powodu chorób, jakie on wywołał, na przykład zawał serca.
Olga znalazła też tekst, w którym Piotr wypowiadał się na temat swoich fabryk w Chinach. Jako potentat branży tekstylnej, serce tej gałęzi swojego biznesu ulokował w Chinach i Indiach. W jego fabrykach nie zarejestrowano żadnych zgonów, ale rząd Chin najpierw narzucił restrykcje sanitarne, musiał więc wyposażyć wszystkich pracowników w maseczki, kombinezony i inne środki ochronne, a potem, gdy z obawy przed wirusem nakazano zamknąć fabryki, stracił dochody i w efekcie musi bezustannie dokładać do biznesu. Tyle wypowiedź dla prasy. Ale Olga wiedziała, że Piotr nic na tym nie tracił. Jego prawnicy zawsze znajdowali jakiś kruczek, który pozwalał zarabiać na kryzysowych sytuacjach.
Kilka wydruków pochodziło z blogów. Ich autorzy snuli teorie spiskowe, jakoby choroba ta była początkiem końca trzeciej wojny światowej, która przebiegała cicho niczym myszka. Wirus, który zniszczył chiński biznes. Jeszcze inni w epidemii doszukiwali się kary bożej za moralne rozpasanie. Te doniesienia Olga ignorowała zupełnie. Nie wierzyła w teorie spiskowe, ale żyła wystarczająco długo, by wiedzieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny. I dotyczy to także chorób.
– Dziwne – powiedziała, patrząc przez okno.
– Słucham? – odezwał się kierowca.
– Niech pan spojrzy po prawej. Zamknęli Chełmską. I zwieźli sporo barierek. Jak na koncert.
– Faktycznie – zgodził się kierowca. – Cholera wie. Może plan filmowy.
– Jakiś film wojenny? Że żołnierze ustawiają te barierki? – dodała Olga.
– Cholera ich wie, szefowo.
Wróciła do dokumentów. Jeszcze kilka minut i zanurzy się w wannie.

 

18.55, kryjówka porywaczy

Stali przed wjazdem na posesję. Za bramą widać było nieduży, jednopiętrowy domek. Mężczyzna wyniósł nieprzytomną Dominikę z BMW.
– Śpi? – zapytał jego partner.
– A nie widzisz?
– Dobra. A co z tym gościem?
– Został darem PCK.
– Nikt cię nie widział?
– A nawet jakby widział, to i tak teraz nie zareaguje. Za kilka minut wszystko tu pierdolnie.
– Dobra. Daj mi ją i pozbądź się tego samochodu.
Mężczyzna przekazał Dominikę koledze, a sam wsiadł do BMW. Kilkaset metrów dalej był zjazd do Wisły. Wystarczy tylko wjechać na mały mostek i zepchnąć samochód do wody. Kilka dni temu sprawdzał głębokość. Nikt go nie znajdzie przez najbliższe miesiące. Mężczyzna wykonał na żywo manewry, które do tej pory powtarzał tylko w pamięci. Ciężkie BMW wpadło do wody, a po chwili całkowicie się zanurzyło niczym ociężały i powolny hipopotam.
Kiedy wrócił do domu, była już dziewiętnasta. Chaos się rozpoczął.

 

19.05, dom Olgi

Telefon dzwonił bez przerwy. Zamiast odebrać, Olga patrzyła oniemiała w telewizor i nie wierzyła w to, co słyszy.
Na ekranie premier Makowiecki wygłaszał orędzie do narodu.
Obecna sytuacja nie pozawala nam na ignorowanie problemu, z jakim mierzy się świat. Wirus „Makot” jest śmiertelnie niebezpieczny i dotarł już na terytorium Polski. Ponieważ objawy wirusa są niezwykle zwodnicze, zdecydowaliśmy – by nie narażać zdrowia Polaków – wprowadzić dziś od godziny dziewiętnastej stan wyjątkowy. Granice kraju zostały zamknięte, podobnie jak przestrzeń powietrzna i morska. Na czas nieokreślony ograniczona zostaje działalność instytucji finansowych. Pracę zawieszają wszystkie zakłady i instytucje, poza tymi, których funkcjonowanie niezbędne jest do utrzymania infrastruktury miejskiej i wiejskiej oraz funkcjonowania państwa. To samo dotyczy sklepów wielkopowierzchniowych, galerii handlowych, kin, teatrów, opery, wystaw i galerii sztuki. Odwołuje się wszelkie masowe imprezy kulturalne czy sportowe. Wprowadzamy również zakaz jakichkolwiek zgromadzeń…
Ręce się jej trzęsły.
Od dziś od godziny dziewiętnastej obowiązuje ograniczenie w przemieszczaniu się, a policja i wojsko mają prawo zatrzymania i wylegitymowania osób poruszających się po ulicach po godzinie dwudziestej drugiej. Policja i wojsko otrzymują także specjalne uprawnienia dotyczące stosowania środków koniecznych do zapewnienia ładu i bezpieczeństwa publicznego, w tym dotyczące użycia broni palnej. Mamy świadomość, że podjęta przez nas decyzja zaskakuje obywateli, ogranicza wolność osobistą i burzy ład społeczny, ale tylko w ten sposób możemy zapanować nad rozprzestrzeniającą się chorobą. Listę wszystkich ograniczeń publikujemy na stronie kancelarii premiera. Funkcjonariusze policji oraz żołnierze dostarczą obywatelom do ich miejsca zamieszkania odzież ochronną niezbędną do poruszania się po przestrzeni publicznej. Jedna osoba może dokonać wypłaty z bankomatu maksymalnie pięciuset złotych dziennie…
Przestała słuchać. Jak automat powtarzała w myślach słowa premiera. Zamknięte… instytucji finansowych… Pracę zawieszają… Galerii handlowych… KURWA MAĆ.
Telefon znów zawibrował. Iwona.
– Ja pierdolę! – warknęła do słuchawki Olga. – Mogłaś mnie uprzedzić! Mogłaś mi powiedzieć!
– Nie mogłam. Jedyne, co mogłam, to przekazać Janickiemu, żeby wypłacił ci pieniądze.
– Jak? Ty?
– Nie wprost. Ale ja.
– Dzięki, ale co ja z nimi zrobię?
– Masz. To ważne. Teraz nikt ich nie ma.
– Świetnie. Jak źle jest?
– Dramatycznie. Ludzie padają jak muchy.
– Kurwa mać.
– Ile to potrwa?
– Nie wiem, Olga. Nie wiem. Przepraszam.
– Za co?
– Że nic nie powiedziałam. Nie mogłam. Uwierz mi. Uważaj na siebie i Dominikę.
– Dzięki.
W telefonie coś zapikało. To Piotr dobijał się na drugiej linii.
– Na razie – powiedziała do Iwony i odebrała połączenie od Piotra.
– Co się u was odpierdoliło? – zapytał na powitanie.
– Mnie pytasz?
– No, ty tam mieszkasz.
– Nic nie wiem. Iwona dzwoniła przed chwilą. Przeprosiła, że nic nie powiedziała.
– Nikt nic nie wiedział? To chyba jedyna naprawdę tajna akcja, jaką w historii tego kraju przeprowadził rząd.
– Na czym stoimy? – zapytała drżącym głosem.
Telefon znów zapikał. Nawet nie spojrzała w przekonaniu, że to Dominika. Pewnie wraca z kina i właśnie dowiedziała się o lockdownie. Olga nie martwiła się o córkę, znajdowała się pod czujnym okiem Karola.
– Na czym stoimy? – powtórzyła pytanie.
– Jeśli chodzi o nasze sprawy, to nic się nie zmienia. Banki nie działają. Pieniądze pójdą na paypala.
– Mam wrażenie, że te pieniądze to jakiś palec Boży. Przecież ja tego jebanego Edenu nie otworzę teraz z pół roku.
– Nie zapeszaj. Nic nie wiemy. W Chinach sytuacja się normuje.
– Co ty pierdolisz? Przecież oni właśnie zamknęli kraj! Pierwszy raz od kurwa trzydziestu lat. Znając ich, sytuacja musi być dramatyczna.
– Może. Ale ty jesteś kryta. Przynajmniej finansowo.
– Tyle dobrze. A jak ty?
– Dobrze. Szwajcaria się nie zamyka. Na razie.
– Dobra, wracaj do Betiny. Zadzwonię do Dominiki. Powinna już być. Nosz kurwa – to ostatnie powiedziała odruchowo.
Piotr się rozłączył. Spojrzała na wyświetlacz komórki. Nieodebrane połączenia od całego zarządu, prezesów spółek, w których miała udziały, i jej pracowników. Rzuciła okiem na listę. Ponad trzydzieści połączeń. Przeskrolowała listę. Nie było na niej numeru komórki Dominiki. Za to znalazła esemesy od większości osób, które zatrudniała u siebie w domu. Wszyscy pisali w zasadzie to samo: że nie przyjdą do pracy. Została bez kucharza, pań sprzątających, ogrodnika, pomocy, kierowcy, który ją tu przywiózł. Ten ostatni musiał napisać do niej w drodze do domu. Strach. Tak działa strach. Wybrała numer córki.
Abonent jest czasowo niedostępny. Znajduje się poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon.
„Co do chuja?” – pomyślała.
Wybrała numer Karola.
Abonent jest czasowo niedostępny. Znajduje się poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon.
Ki diabeł?
Zeszła do garażu. Obok sportowych samochodów i mercedesa ziało puste miejsce, na którym zawsze stało BMW.
Szlag.
Wybrała numer córki jeszcze raz.
Abonent jest czasowo niedostępny. Znajduje się…
Olga zaczęła się denerwować.
Wysłała Dominice wiadomość na Messengerze: Kiedy wracasz?
Spojrzała na tekst. Nie został odebrany. Ani dostarczony.
Przypomniała sobie, że Dominika wybierała się do Edenu z Pauliną. Wyszukała jej numer. Dziewczyna odebrała po dwóch sygnałach.
– Cześć, Paulinko. Tu Olga Maj, mama Dominiki.
– Dobry wieczór pani.
– Dobry wieczór. Masz gdzieś obok Domi?
– Nieee – w głosie dziewczyny brzmiała podejrzliwość i wahanie.
– To już wróciłyście? Znaczy, jesteś w domu?
– Taaaak – Paulina wciąż była zaskoczona. – Dlaczego pani pyta?
– Bo Dominiki jeszcze nie ma.
– Dziwne. Jestem w domu już od jakichś czterdziestu minut. Karol mnie podrzucił i pojechali do was…
– Aha.
– Może są korki? Słyszała pani. Stan wyjątkowy.
– Tak. Tak. Dziękuję, słońce. Gdyby Dominika się odezwała, daj znać.
– Dobrze. I jakby pani mogła jej powiedzieć, żeby do mnie zadzwoniła, jak wróci…
– Pewnie – przerwała jej Olga. – Zadzwoni.
Rozłączyła się.
– Gdzie ty jesteś? – powiedziała do siebie.
Wróciła do salonu i usiadała na kanapie. Obok leżał neseser z pieniędzmi i torba. Wyjęła z niej laptop. Oficjalnie nie miała konta na Facebooku. Nieoficjalnie – i owszem. Była jedną z setek Fiź Pończoszanek. Fikcyjne zdjęcie, fikcyjne dane. Weszła na konto. Sprawdziła, czy Dominika nic nie napisała na wallu. Pusto. Przejrzała konto córki. Poza zdjęciem Paula Newmana z planu „Ruchomego celu” nic Dominika dziś nie wrzucała. „Skąd w tym dziecku zamiłowanie do starych filmów?” – pomyślała.
Po raz kolejny wybrała jej numer.
Abonent jest czasowo niedostępny. Znajduje się poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon.
Kurwa mać.
Miała już zamknąć laptop, gdy równocześnie on i jej telefon wydały z siebie piknięcie. Przyszedł e-mail. Pracownicy, kontrahenci, partnerzy i wszyscy ludzie, z którymi łączyły Olgę sprawy biznesowe, zawsze pisali na firmowy adres. Miała także prywatny, ale znało go bardzo ograniczone grono osób. Na każdym koncie ustawiła inny sygnał informujący o nowej wiadomości. Dźwięk, który teraz usłyszała, pochodził z prywatnej poczty.
„Dominika – pomyślała. – Pewnie padła jej komórka”.
Kliknęła w ikonkę koperty.
Jej oczom ukazał się mail o tytule:
JAK BARDZO KOCHASZ CÓRKĘ?
Nadawca: Wielebny.
Kliknęła.
Żadnego tekstu. Tylko załącznik. Mp4.
Nacisnęła „pobierz” i odpaliła film.
Na ekranie komputera zobaczyła twarz córki. Dominika spała. Niby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w ustach miała knebel. Po chwili kamera pojechała do góry. Olga zobaczyła mężczyznę w kominiarce. Dobry wieczór, pani Olgo. Jak pani widzi, córka jest cała, dziesięć milionów euro, płatne do poniedziałku. I proszę dzwonić na policję i gdzie tylko pani chce. Nikt pani nie pomoże. Za godzinę napiszę, jak ma pani przekazać pieniądze. Spokojnego wieczoru.
Obraz zniknął.
Próbowała kliknąć odtwarzanie jeszcze raz, ale teraz trzęsło się jej już całe ciało.


Skomentuj

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*