Wydawnictwo Kobiece

z książką kobiecie do twarzy

UROCZY FRAGMENT „BYŁ SOBIE PIES”

Wstałam dzisiaj z łóżka lewą nogą. Jednak sama dla siebie wymyśliłam pewną grę. Kiedy źle się czuję, biorę książkę, która zawsze mnie pociesza i otwieram na losowym fragmencie. Zazwyczaj jest to strzał w dziesiątkę! Dzisiaj natrafiłam na coś maksymalnie uroczego. Uwielbiam to!

– Tu śpi Bailey, tak? Grzeczny piesek. Jak będziesz chciał na siusiu, to przez klapkę, tak? Klapka zwierzaka, Bailey. Teraz muszę już iść do szkoły, dobrze? Kocham cię, Bailey.

Chłopiec mnie przytulił, a ja liznąłem go po uchu. Kiedy się odwrócił, ja naturalnie poszedłem za nim, ale przy drzwiach do domu zakazał mi wejścia. – Nie, Bailey. Do mojego powrotu zostajesz w garażu. Klapka zwierzaka, tak, Bailey? Grzeczny piesek. I zamknął mi drzwi przed nosem. Zostajesz? Klapka zwierzaka? Grzeczny piesek? W jaki sposób te słowa, które tak często słyszałem, mogły być ze sobą powiązane i w ogóle to które z nich znaczyło „zostań”? Nic z tego nie miało dla mnie najmniejszego sensu. Obwąchałem garaż pełen nowych, cudownych zapachów, ale nie byłem w nastroju na wyprawę badawczą. Chciałem do mojego chłopca. Zaszczekałem, ale drzwi były dalej zamknięte, więc zacząłem je drapać. Ciągle nic. Słyszałem jakieś krzyczące przed domem dzieci i podbiegłem do dużych drzwi garażowych w nadziei, że się same podniosą, jak to czasem miały w zwyczaju, gdy stawał przed nimi chłopiec, ale znowu nic. Jakaś duża furgonetka zgarnęła głosy dzieci i odjechała. Kilka minut później usłyszałem odjeżdżający samochód Mamusi, a potem w świecie pełnym dotąd życia, zabawy i hałasów zapanowała nieznośna cisza. Poszczekałem jeszcze trochę, ale bez skutku, choć po drugiej stronie drzwi czułem zapach Dymki, napawającej się moim nieszczęściem. Ponownie podrapałem drzwi. Pogryzłem kilka butów. Porwałem na strzępy swoje posłanko. Znalazłem worek na śmieci pełen ubrań, który rozszarpałem, jak to robiła Mama, kiedy grzebaliśmy w odpadkach. Ubrania rozniosłem po garażu. W jednym kącie zrobiłem siusiu, w drugim kupkę. Przewróciłem metalowy kosz na śmieci i wyjadłem z niego resztki kurczaka, spaghetti i gofrów, a także wylizałem puszkę po rybie cuchnącą jak oddech Dymki. Zjadłem trochę papieru. Przewróciłem swoją miskę z wodą i ją pogryzłem. Nie miałem absolutnie nic do roboty.

Po przygodach niesfornego Baileya dzień od razu był lepszy. A Wy czytałyście tę książkę? A może inna pociesza Was w smutnych momentach? Według mnie parę słów historii Baileya to pewnik, że wyjdziemy z domu z uśmiechem.


Skomentuj

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*

Solve : *
8 + 18 =