Wydawnictwo Kobiece

„Wątpię, więc jestem… korektorem” – rozmowa z Ewą Popielarz

Dziś chcielibyśmy zaprosić Was do lektury wywiadu z korektorką, redaktorką oraz założycielką Akademii korekty tekstu – Ewą Popielarz, która o języku polskim wie niemal wszystko. Przez jej ręce w ostatnich latach przeszły dziesiątki naszych tytułów. To m.in. dzięki niej w książkach, które wydaliśmy trudno doszukać się błędów językowych, literówek czy pomyłek rzeczowych. Poznajcie kulisy pracy korektora książek!

 

Wydawnictwo Kobiece: Co jest najtrudniejsze w tej profesji? I jak wygląda „koszmar korektora”?

Ewa Popielarz: Wydaje się, że to taki romantyczny zawód – siedzimy w głębokim fotelu, pijemy kawę i czytamy sobie książki. Rzeczywistość jest nieco inna. Praca korektora nie dość, że wymaga ciągłej nauki, to czasami jest po prostu… nudna. I to chyba jedna z trudniejszych rzeczy – przetrwać te mało romantyczne momenty, a docenić te najciekawsze. Ale to domena każdego zawodu.

Gdybym miała wskazać jedno zlecenie, które było prawdziwym „koszmarem korektora”, powiedziałabym o redakcji na PDF-ie. Redakcja to pierwsze czytanie tekstu po autorze, jest wtedy zwykle mnóstwo poprawek, więc najlepiej nanosić je na tekst w Wordzie. Zdarzyło mi się raz, że tekst od autora trafił do mnie już po składzie, na PDF-ie. Z różnych względów nie było możliwości, żeby wrócić do wersji w Wordzie, więc naniosłam całe mnóstwo komentarzy, potem musiałam zweryfikować ich wprowadzenie, zaznaczyć kolejne, bo oczywiście nie wszystkie zostały naniesione (przy takiej liczbie zmian było to do przewidzenia). Poprawki jednego tekstu ciągnęły się w nieskończoność, a ja miałam ochotę wyrzucić komputer za okno. To był prawdziwy koszmar korektora. Ale na szczęście takie sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko.

 

Jakie cechy powinien mieć dobry korektor?

Wymienię trzy najważniejsze:

  • uważność połączona z nieustannym zwątpieniem – można by powiedzieć: „wątpię, więc jestem… korektorem”; w tym zawodzie nie wszystko trzeba wiedzieć, ale wszystko trzeba sprawdzać;
  • dobra pamięć – bardzo usprawnia pracę, bo można szybciej nanosić zmiany i przechodzić od punktu do punktu, zamiast sięgać znów do słownika;
  • brak perfekcji – a właściwie pogodzenie się z tym, że się jej nie osiągnie; język to taka materia, że zawsze będzie coś, czego o nim nie wiemy, i zawsze może się zdarzyć, że jakiś błąd przepuścimy – zamiast się tym frustrować, trzeba się z tym pogodzić.

 

Czy jesteś językowym prześladowcą wśród znajomych/rodziny (tzw. grammar nazi)? Czy masz potrzebę poprawiania wszystkich?

Nie, to zadanie mojego męża – pracuje w branży IT, ale tak przesiąkł atmosferą poprawności językowej, że upomina wszystkich w pracy. A do tego mówi do znajomych w wołaczu, co dla wielu osób brzmi co najmniej dziwnie.

Ja z kolei śmieję się, że nie poprawiam, dopóki mi się za to nie zapłaci. A mówiąc poważnie – w ogóle mnie nie irytują błędy, nie mam więc potrzeby korygowania tego, jak ktoś mówi czy pisze. W mojej grupie na Facebooku bardzo dbam o to, żeby w komentarzach nie wytykać sobie błędów. Okazuje się, że jest to bardzo cenione przez członków grupy – dzięki temu nie boją się zadawać pytań. Nie blokuje ich świadomość, że mogą coś źle napisać.

W rodzinie jestem za to słownikiem na telefon. Zamiast szukać odpowiedzi w Internecie albo w papierowych wydaniach, szybciej jest zadzwonić albo napisać do mnie. Zawsze pomagam. I bardzo to lubię, bo dzięki temu sama też wiele się uczę. Nie na każde pytanie znam odpowiedź, ale wiem, gdzie tych odpowiedzi szukać. I wiele z nich zapamiętuję na przyszłość.

 

Jak myślisz, dlaczego w tym zawodzie pracuje więcej kobiet niż mężczyzn?

Nie mam zielonego pojęcia, ale rzeczywiście wydaje się, że tak jest. W mojej Akademii korekty tekstu w pierwszej edycji na 80 osób było tylko 2 panów. A w grupie na Facebooku – Po drugiej stronie książki – mężczyźni stanowią zaledwie 10%. Być może to, co napiszę, będzie krzywdzące dla części panów, ale wydaje mi się, że kobiety mają po prostu podzielną uwagę, potrafią myśleć o wielu rzeczach jednocześnie – a to bardzo się przydaje w pracy korektora. Znam też mężczyzn, którzy świetnie wykonują ten zawód, ale rzeczywiście więcej ich jest wśród składaczy czy grafików.

 

Dla równowagi – czy możesz podać przykłady najśmieszniejszych błędów / wpadek językowych, które utkwiły Ci w pamięci?

Zebrało się tego sporo przez lata, ale kilka szczególnie utkwiło mi w pamięci. Moja ulubiona literówka to „Sorbona i Gomora”. Przez moment myślałam, że to celowy zabieg autora, ale nie – autokorekta postanowiła wykazać się dowcipem. Najmniej jest ortografów. Word większość z nich podkreśla na czerwono, więc autorzy sami je poprawiają. Ale trafił mi się raz artykuł, w którym profesor judaistyki pisał konsekwentnie: „Mojrzesz”. W pewnym momencie już zgłupiałam i zaczęłam sprawdzać, czy rzeczywiście taka pisownia nie jest dopuszczona.

Wiele zabawnych pomyłek można też wyłapać przy redagowaniu lub korekcie książek będących tłumaczeniami. To moje ulubione błędy, bo kiedy je znajduję, czuję się jak detektyw. Mam przed oczami tylko polską wersję i gdy coś mi w tekście nie pasuje, coś zabrzmi dziwnie – odwołuję się do oryginału, znajduję odpowiedni fragment i faktycznie czasami się okazuje, że został on błędnie przetłumaczony. Mój ulubiony błąd tego typu to fragment o kobiecie, która „nudziła królów”. W oryginale było słowo „bore”, które oznacza oczywiście ‘nudzić’, ale to też czas przeszły od „bear”, czyli ‘rodzić’. Ta kobieta „rodziła królów”, była ich matką. Może ich też nudziła, gdy podrośli, ale nie o to chodziło w tym kontekście.

 

Jak wygląda praca w domu, na dodatek przy gromadce dzieci? Czy im więcej obowiązków, tym lepiej się sama organizujesz?

Do pewnego momentu – rzeczywiście to tak działa. Im więcej obowiązków, tym lepiej zorganizowany dzień. Ale gdy przekraczamy punkt krytyczny, nie ma cudów, coś trzeba odpuścić, bo doba ma tylko 24 godziny.

Pracuję z dziećmi od zawsze, w zasadzie to, jak wygląda moja praca, wynika bezpośrednio z decyzji o założeniu rodziny zaraz po studiach. Już wtedy wiedziałam, że to będzie duża rodzina, więc nie poszłam na etat, tylko wybrałam pracę zdalną, żeby móc być z dziećmi w domu do czasu, aż pójdą do przedszkola. Oczywiście to była na początku praca w bardzo szczątkowym wymiarze, ale cały czas się uczyłam, zdobywałam doświadczenie, poznawałam kolejne osoby, które zaczęły mnie sobie polecać. Dzięki temu, kiedy wszystkie dzieci były już w przedszkolu, mogłam od razu zwiększyć liczbę przyjmowanych zleceń i założyć działalność, a nie zaczynać od zera.

A sama praca? Dzieci bardzo szybko się przyzwyczajają. Oczywiście najwięcej pracowałam w czasie ich drzemek, ale bywało też tak, że one układały sobie puzzle czy klocki na dywanie, a ja – na tym samym dywanie – redagowałam tekst na laptopie albo zaznaczałam korektę na wydruku. Zawsze chciałam, żeby dzieci uczestniczyły w prawdziwym życiu całego domu, nie tylko w zabawie. Dlatego od początku razem ze mną gotowały, sprzątały, robiły pranie – i „pracowały”. Dla nich to wszystko też było zabawą. A kiedy potem mogły wziąć do rąk zredagowaną przeze mnie książkę, były bardzo dumne. I są do tej pory.

Nie jest to łatwe, by pogodzić zajmowanie się domem, pracę i opiekę nad dziećmi, ale mam wrażenie, że kiedy nie wyznacza się wyraźnych granic między tymi obszarami, to wszystko zaczyna się układać.

Pisząc odpowiedzi na te pytania, dwa razy miałam najmłodszego syna na kolanach, raz wyjęłam piłkę spod balkonu i załagodziłam trzy konflikty. I to chyba najlepsze podsumowanie dla tego, jak wygląda praca z dziećmi.

 

Dziękujemy za rozmowę <3


Skomentuj

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*