Wydawnictwo Kobiece

Wydawnictwo Kobiece - z książką kobiecie do twarzy!

#zŻyciaRedakcji 14 – JAKĄ ZABAWKĘ Z DZIECIŃSTWA PAMIĘTASZ NAJBARDZIEJ?

Z racji zbliżającej się premiery wspaniałej biografii Barbie i Ruth postanowiłam w dzisiejszym artykule poruszyć uroczy temat zabawek. Książka opowiada o życiu twórczyni globalnej ikony lalek – kultowej Barbie. Chyba każda z nas miała albo marzyła o posiadaniu tej małej, plastikowej kobietki z kurtyną włosów koloru blond. Postanowiłam podpytać znajomych z redakcji o ich „zabawkowe” wspomnienia. Odpowiedzi mnie bardzo zaskoczyły! Artykuł jest dość rozległy, acz ciekawy, więc rozsiądźcie się wygodnie i zatopcie w lekturze!

Magda, specjalistka od promocji i marketingu, opowiedziała mi wzruszającą historię o… kapciuszkach. Miała piękne zielone kapcie z żółtym pieskiem i czerwonym samochodzikiem. Uwielbiała w nich śmigać, bawić się nimi i przemierzać małymi stópkami cały świat (przynajmniej ten w obrębie jej pokoiku). Wyobraźcie sobie jej oburzenie, kiedy pewnego dnia wstała, a kapci nie było! Mama bezczelnie się ich pozbyła. Na nic zdały się tłumaczenia, że kapciuszki nagryzł już ząb czasu i wysłużenia. Nie szkodzi, że były brudnawe, dziurawe i… parszywe. Magda po prostu je kochała. Zdrady mamy nie mogła wybaczyć przez miesiąc i popadła w głęboką depresję. Normalnie przeszłabym w tym momencie do innej redakcyjnej koleżanki, ale bogate doświadczenia Magdy nie kończą się tak prędko. Magdalena bowiem, jak każda dziewczynka, marzyła o Barbie. Z kapciuszkami się już jako tako pożegnała, ale tęskna wizja pięknej lalki, trzymała ją przy kilkuletnim życiu. Kiedyś podczas wizyty u dentysty, pan stomatolog obiecał jej prawdziwą lalkę Barbie, jeśli nie będzie płakać. Dzielna Madzia powstrzymała łzy, a po wszystkim z nieukrywaną radością zobaczyła, że zmierza ku niej pan z pudełkiem z dumnym napisem BARBIE. Jednak srogo się zawiodła. Kiedy otworzyła prezent, okazało się, że w środku były same… buciki Barbie. Lalkę zabrała jakaś inna odważna pacjentka, a pan stomatolog chyba o tym zapomniał. Cóż, butom bliżej do kapciuszków 😉 .

Aneta, redaktor prowadząca, miała nieprzyzwoite ciągoty. Wyobraźcie sobie, że chociaż była kochaną przez rodziców dziewczynką, nie wystarczały jej własne zabawki. Najbardziej ubóstwiała… misia, którego jej siostra dostała od chrzestnej. Gdy tylko siostrzyczki nie było, Aneta dopadała misia i tuliła jak własnego! Co więcej posiadała przepiękną maszynę do szycia. Opisuje ją w ten sposób: „Miała piękną drewnianą podstawkę, solidny żeliwny stelaż i była w piękne, czerwone kwiaty. I naprawdę dało się na niej szyć!”. Od razu zaciekawiona zapytałam, co na niej uszyła. Okazało się, że nic. No cóż, ale na pewno SIĘ DAŁO. To najważniejsze.

Nasz grafik, Łukasz, na moje pytanie odpowiedział ponuro: „Nie miałem zabawek”. Oczywiście wystarczyło go pociągnąć za język i dowiedziałam się, że był w posiadaniu dumnego, czerwonego wozu strażackiego. Chciałam dowiedzieć się szczegółów, więc zapytałam dziarsko, co nim robił. Odpowiedział z politowaniem: „No, co. Bawiłem się”. Aha. To chyba idę dalej.

Przejdźmy do Kornelii. Też trudni się zawodem grafika, ale od niej było łatwiej wyciągnąć informację. Kornelia była tak zwaną „dziewczyną z kaczką”. Brzmi intrygująco? Podobno, kiedy była mała, codziennie ściskała pluszową kaczkę. Nie wypuszczała ją z rąk, aż w końcu… ją zgubiła. Ja też tego nie rozumiem. To na pewno jakieś złe moce. Jak mogła ją zgubić, skoro nie wypuszczała jej z rąk? No cóż, kaczka przeszła na innego pluszaka, a Kora stała się „dziewczyną z tygrysem”. Przynajmniej brzmi groźniej.

Justyna z Biura Obsługi Klienta bynajmniej nie bawiła się lalkami. Przypomniała jednak sobie, że miała procę. Wiśniami strzelała do rodzeństwa. Cóż, ród Wiśniewskich zobowiązuje 😉 . Kiedy nieusatysfakcjonowana jej odpowiedzią i skłonnością do agresji (jestem oburzona!), zapytałam ją: „A miałaś chociaż misia?”, odrzekła: „Nie. Miałam gołębia. Ale był żywy, liczy się?”. Sama nie wiem, więc dla bezpieczeństwa przejdę do innej osoby.

Agnieszka, sekretarz redakcji, była od dziecka zafascynowana przebojowym serialem Dr. Quinn. Jako że naoglądała się tam przygód ludzi na porywistych rumakach, sama zapałała wielką miłością do tych dumnych zwierząt. Miała pięknego konika na biegunach, ale ani myślała bawić się nim tradycyjnie. Nie przeszkadzało jej to, że podwórko miało długość 60 metrów. Próbowała przegalopować na swojej zabawce cały dystans. Cóż, bieguny okazały się lekkim utrudnieniem. Nie szkodzi – warto marzyć, prawda?

Ania, specjalistka od handlu i promocji, też nie była fanką lalek. Misie to też nie jej styl. Uwielbiała za to wszystko rozkręcać – dzień bez zabawy śrubokrętem, młotkiem i gwoździami, uznawała za stracony. Kolejną rozrywką było mycie samochodu z tatą. Fajnie byłoby mieć taką córkę. Hobby – sprzątanie. A może po prostu od dziecka lubiła obcować w towarzystwie szybkich aut? Kto wie…

Handlowiec Marek również inspirował się serialem, podobnie jak Aga. Uwielbiał Robina Hooda i sam chciał podążać jego tropem. Sporym ułatwieniem było trzech niesfornych braci. Wszyscy z rozkoszą strugali drewniane mieczyki. Za tarcze służyły im ogromne pokrywy od garnków. Marek podobno dalej ma miecz na pamiątkę. To strasznie urocze, nie uważacie? Mniej uroczym faktem jest, że malutkie dzieci dodatkowo tworzyły z zapałem dzidy z gwoździami i ochoczo się nimi bawiły. Ale żyją? Żyją! 😉 .

O handlowcu Robercie aż trochę głupio mi pisać, bo dopuszczał się haniebnego – z punktu widzenia pracownika wydawnictwa – czynu. Z zachwytem ciął nożyczkami dziecięce książeczki, a następnie godzinami bawił się ścinkami, układając z nich przeróżne kształty. Jego mama trochę się martwiła i myślała, że to jakaś nienormalna zabawa. Teraz nazywają to origami.

Redaktor naczelna Agnieszka uwielbiała bawić się, cytuję, „takim dziwnym czymś do nauki liter. Szałowe urządzenie, gdzie wkładało się kartkę z obrazkiem i wkładało literki”. Dzięki temu umiała już czytać w wieku czterech lat! Trudno się dziwić, że skończyła, jak skończyła 😉 . A pierwsza zabawka, jaką pamięta to dziwaczny, socjalistyczny miś z długim ogonem. Był różowym mutantem z pyszczkiem niedźwiedzia i ogonem małpy. Urocze.

A ja, Maja, miałam kilka lalek Barbie. Nadawałam im imiona, a jak jednej obcięłam włosy, byłam zdziwiona, że nigdy nie odrosły. Szczerze nie przepadałam za nimi – kochałam książki. Jedno z moich pierwszych słów to: „CZYTAJ”. Dość dosadne ;-). Moją ulubioną „zabawką” była jakaś stara, wysłużona książka z angielskiego. Tak ją męczyłam, że wyrwałam z niej wszystkie kartki. Moja mama podsumowała: „Tak ją kochałaś, a na końcu zamordowałaś”. Bywa 🙂 .

A co Wy wspominacie? Jakie były Wasze ulubione zabawki?


Skomentuj

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*